Opublikowane w

Więcej, ale czy lepiej?

Co jakiś czas w mediach czy w dyskusjach kibiców wraca sprawa sędziowania meczów piłkarskich. Najczęściej okazją do tego są błędy arbitrów, popełniane czy to na Mundialach czy Mistrzostwach Europy czy na co dzień, w rozgrywkach ligowych.

Międzynarodowa Federacja Piłkarska (FIFA) nie należy do tak postępowych jak władze koszykówki czy siatkówki i ostrożnie wprowadza zmiany do przepisów. Wynika to między innymi ze struktury głosów w tak zwanym IFAB czyli International Football Association Board czyli ciele odpowiedzialnym za uchwalanie zmian w przepisach. Po jednym głosie w ośmioosobowej strukturze mają tam przedstawiciele federacji piłkarskich: Anglii, Irlandii, Szkocji i Walii, a pozostałe cztery głosy należą do FIFA.

Nie od dziś wiadomo, że narody brytyjskie należą do konserwatywnych, o czym świadczyć może pielęgnowanie anglosaskiego systemu prawnego (Commonwealth law) opartego na precedensie czy chęć pozostawienia w Wielkiej Brytanii Funta jako krajowej waluty, co jest równoznaczne z nieprzyjmowaniem wspólnej waluty europejskiej EURO.

W tej brytyjskiej tradycji zdarzają się wyłomy i przepisy piłkarskie bywają modyfikowane. I tak FIFA, a za nią UEFA (Europejska Unia Piłkarska – przyp. red.) i inne kontynentalne oraz krajowe federacje np. Polski Związek Piłki Nożnej decydują się na eksperymenty związane ze zwiększaniem liczby sędziów-asystentów dawniej nazywanych sędziami liniowymi. Wszystko po to, by unikać kontrowersji związanych z nieuznawaniem goli strzelonych zgodnie z prawidłami gry, bądź uznawaniem nieprawidłowo zdobytych bramek. Kolejnym powodem zwiększania liczby asystentów są kontrowersje związane ze spalonym czy dyktowaniem rzutów karnych, rozstrzyganiem czy było zagranie ręką czy go nie było, itp.

Regulacje dotyczące sędziów zawarte są w artykule 5 „Przepisów Gry w piłkę nożną” wydawanych przez wspomniany już International Board FIFA (najnowsza edycja na sezon 2012/2013).

Oto wyciąg z art. 5  Przepisów Gry w piłkę nożną :

DECYZJE SĘDZIEGO

Decyzje podejmowane przez sędziego dotyczące oceny faktów związanych z grą, włącznie z uznaniem lub nieuznaniem bramki oraz rezultatem zawodów – są ostateczne.

Sędzia może zmienić swoją decyzję jedynie wtedy, gdy sam uzna ją za niewłaściwą, względnie na sugestię sędziego asystenta lub sędziego technicznego, zakładając, że gra nie została jeszcze wznowiona lub zawody nie zostały zakończone.

Kompetencje sędziów asystentów, a w szczególności ich obowiązki określone są w art. 6:

OBOWIĄZKI

Wyznaczeni dwaj sędziowie asystenci mają obowiązek, z uwzględnieniem decyzji sędziego, wskazywać:

  • kiedy miało miejsce niewłaściwe postępowanie lub wydarzył się inny incydent, którego sędzia nie widział,
  • kiedy popełnione zostają przewinienia, a sędzia asystent był w stanie lepiej to zobaczyć (obejmuje to w szczególnych okolicznościach przewinienia popełnione w polu karnym),

 

W rzeczonym przepisie mowa o dwóch sędziach, ale co roku FIFA wydaje również „Interpretacje do Przepisów Gry w piłkę nożną oraz wytyczne dla sędziów”. I to z nich lub regulaminów poszczególnych rozgrywek wynika możliwość desygnowania większej liczby asystentów. Jako pierwsza na większą skalę zaczęła to stosować UEFA w rozgrywkach Ligi Europy. Następnie eksperyment rozszerzono na rozgrywki Ligi Mistrzów, a ostatnio korzystają z niego też Szef Kolegium Sędziów PZPN Zbigniew Przesmycki i Ekstraklasa S.A., wyznaczając w każdej kolejce T-Mobile Ekstraklasy jeden mecz, prowadzony przez 6 sędziów czyli sędziego (głównego) oraz 2 asystentów na liniach bocznych (z chorągiewkami), sędziego technicznego oraz dwóch asystentów na liniach bramkowych.

Ilościowo więcej, ale czy lepiej? Eksperymenty przeprowadzone w meczach Wisły Kraków z Podbeskidziem Bielsko-Biała oraz ostatnio Górnika Zabrze z Lechem Poznań okazały się niewypałami. Kilkanaście dni temu w Krakowie, sędzia Marcin Borski jako główny oraz asystenci: Maciej Szymanik i Marcin Boniek oraz bramkowi: Tomasz Garbowski i Sebastian Tarnowski popełnili błąd przy faulu pomocnika Podbeskidzia Marka Sokołowskiego na napastniku Wisły – Rafale Boguckim w polu karnym Bielszczan. Marcin Borski najpierw zdecydował o karnym, ale na skutek sugestii asystenta, stojącego za bramką i będącego bliżej całej akcji nie podyktował „jedenastki” i ukarał Boguskiego żółta kartką za symulowanie faulu w polu karnym. W Polsatowskim „Magazynie T-Mobile Ekstraklasy”, Borski przyznał się nawet do tej pomyłki, a gość programu Zbigniew Przesmycki „wziął ten błąd na siebie”

Wreszcie, ostatnio w Zabrzu sędzia Paweł Raczkowski również popełnił błąd, a nawet dwa. Najpierw Karol Linetty z Lecha kopnął piłkę w pole karne, a ta uderzyła w żebro Seweryna Gancarczyka, lecz sędzia podyktował karnego uznając, że futbolówka trafiła go w rękę. Sytuacja została różnie zinterpretowana w programach telewizyjnych. I tak Sławomir Stępniewski, ekspert Canal+ i były szef sędziów twierdzi, że nie było żadnego karnego, z kolei sam Przesmycki powiedział w Polsacie, że karny został podyktowany słusznie. W tym samym meczu, sędzia Raczkowski podyktował jeszcze jednego kontrowersyjnego karnego, którego nie wykorzystał jednak Prejuce Nakoulma. Tym razem obrońca poznańskiej drużyny – Marcin Kamiński faulował wg sędziego Bartosza Iwana (choć faulu nie było). W obu sytuacjach bramkowi asystenci jednak sędziemu nie pomogli, nic mu nie sugerując.

Czy warto więc iść tą drogą? Czy więcej znaczy lepiej?

Opublikowane w

Zaskakujący transfer

Już dawno żaden transfer nie budził w Polsce tyle emocji, co niespodziewane przejście Tomasza Jodłowca ze Śląska Wrocław do Legii Warszawa. Pamiętam, co prawda będąc dzieckiem transfer Dariusza Dziekanowskiego z Gwardii Warszawa do Widzewa Łódź za 21 ówczesnych milionów złotych, czy kontrowersyjne przejście Roberta Warzychy z Górnika Wałbrzych do jego imiennika z Zabrza, które ponoć wyglądało tak, że górnik jednej z wałbrzyskich kopalń – wspomniany Robert Warzycha został przeniesiony do pracy w kopalni w Zabrzu, a sprawę pilotował podobno nawet ówczesny Minister Górnictwa.

Tomasz Jodłowiec spędził rundę jesienną obecnych rozgrywek T-Mobile Ekstraklasy w Śląsku Wrocław. Środkowy obrońca, który może grać też jako defensywny pomocnik zasilił Śląsk przed meczami w europejskich pucharach. Przyszedł z Polonii Warszawa, opuszczonej z końcem poprzedniego sezonu przez właściciela i głównego sponsora – Józefa Wojciechowskiego.

Wojciechowski za pośrednictwem jednej ze swoich spółek był właścicielem karty zawodniczej Jodłowca, podobnie jak kilku innych piłkarzy między innymi Gruzina Wladimera Dwaliszwilego. Biznesmen dogadał się ze Śląskiem, że umieszcza Jodłowca we wrocławskiej drużynie nieodpłatnie, a plan był taki. Jak zawodnik się wypromuje, wówczas odejdzie na zachód, a pieniądze trafią do  Wojciechowskiego. Druga opcja przewidywała wykupienie karty zawodnika przez Śląsk. Tak się jednak nie stało i mamy, co mamy. Zawodnik nagle przenosi się z Wrocławia do Legii Warszawa.

Sporą wstrzemięźliwością na łamach prasy wykazuje się Andrzej Padewski. Prezes Dolnośląskiego Związku Piłki Nożnej – w którym Jodłowiec jako piłkarz Śląska jest zarejestrowany – mówi „nie kiwnę nawet palcem w tej sprawie, chyba, że przyjdzie do mnie Piotr Waśniewski (Prezes Śląska – dop. M.Ż) i powie, że wszystko jest w porządku”. Dystans Prezesa Padewskiego wynika z przepisów obowiązujących w tej kwestii. Przepisy FIFA zabraniają posiadania kart zawodniczych osobom fizycznym. Nie wskazują jednak expressis verbis, że to klub musi być właścicielem karty. Pamiętamy przypadki argentyńskich internacjonałów Carlosa Teveza i Javiera Mascherano, których karty posiadała sportowa agencja, niejako leasingując ich do West Hamu Londyn.

Józef Wojciechowski ostatnio sfinalizował transfer wspomnianego już Dwaliszwilego do Legii i pewnie wówczas powstał temat transferu Jodłowca, zwłaszcza, że warszawski klub szukał środkowego obrońcy, a fiaskiem zakończyła się próba pozyskania Marcina Wasilewskiego, który wg sprawdzonych źródeł chciał 400 tysięcy Euro za podpis i 100 tysięcy złotych miesięcznej pensji.

Uchwała Zarządu Polskiego Związku Piłki Nożnej nr III/39 z dnia 14 lipca 2006 roku wprowadzająca zmiany i ustalająca tekst jednolity uchwały Zarządu PZPN z dnia 29 czerwca 1992 roku w sprawie statusu polskich piłkarzy oraz zmian przynależności klubowej zawiera przepisy dotyczące kart zawodniczych. Z przepisu par. 33 ust. 3 tejże uchwały wynika, że jakiekolwiek porozumienia i umowy między klubem oraz sponsorującą go osobą fizyczną lub prawną nie mogą utrudniać realizacji stosunku członkostwa i pochodnych do niego stosunków pracowniczych albo cywilnoprawnych zawodnika w klubie piłkarskim. Kolejny przepis mówi, że karty zawodnicze nie mogą być przedmiotem zobowiązań klubów wobec osób trzecich. Ponadto kluby nie mogą zawierać z osobami trzecimi umów w przedmiocie transferów definitywnych lub czasowych, a wspomniane czynności prawne lub faktyczne stanowią naruszenie dyscypliny związkowej.

Za każdym razem kiedy słyszy się takie informacje, jak ta o transferze Tomasza Jodłowca rodzi się postulat zmiany przepisów związkowych i międzynarodowych w tym przedmiocie czyli wprowadzenia regulacji w myśl, której tylko klub mógłby być właścicielem karty zawodnika.

Opublikowane w

Afera „Hazardowa”

Tytuł kieruje myśli do wydarzeń sprzed trzech lat związanych z aferą hazardową w Polsce, ale nie o tym dziś będzie, a o zachowaniu Edena Hazarda sprzed kilku dni. Niespełna 22-letni lider reprezentacji Belgii i Chelsea Londyn kopnął chłopca do podawania piłek w środowym meczu półfinałowym Pucharu Ligi Angielskiej ze Swansea City.

Chelsea zremisowała bezbramkowo i odpadła z rozgrywek. Gra się londyńczykom nie kleiła i przez graczy zaczynała przemawiać frustracja. W 80. minucie meczu Hazard widząc, że chłopiec do podawania piłek świadomie przedłuża przekazanie mu futbolówki i osłania piłkę ciałem, kopnął go. Piłkarz przepraszając tłumaczył się, że chciał wybić piłkę, tak jak przy wślizgach, a nie atakować chłopca.

Na Twitterze wrze. Michael Owen i inne byłe już gwiazdy Premiership potępiają Belga. Nie jemu pierwszemu zdarza się coś takiego. A mecz Lazio Rzym z Bayernem Monachium w Lidze Mistrzów, kiedy to Sinisa Mihajlović przeszedł się po Samuelu Kuffourze? Dla takich głupich, nieprzemyślanych zachowań nie powinno być miejsca w światowej piłce. I choć mecze rozgrywek Ligi Mistrzów czy Ligi Europy okraszone są materiałami UEFA, emitowanymi w przerwach np. UEFA Respect czyli szacunek dla przeciwnika to na głupotę nie ma rady.

Eden Hazard odpocznie na dłużej od meczów i nie będzie to jedynie kara za samą czerwoną kartkę, którą obejrzał. Władze piłkarskie w poszczególnych krajach, w takich czy podobnych przypadkach mogą jeszcze karać zawodników dyskwalifikacjami bezwzględnymi czy dodatkową karą dwóch, trzech meczów.

Takich zachowań nie powinno się usprawiedliwiać presją czy frustracją piłkarzy, którym coś nie wychodzi, a chcieliby lepiej. Pracodawca żąda sukcesu a drużynie nie idzie, coraz większe pieniądze wydawane na futbol, coraz więcej chleba w futbolu, to i igrzyska muszą być bardziej mocne. Do tego tabloidy, celebryci i obecna epoka nie ma szans na uniknięcie tego chamstwa. Na szczęście na naszych boiskach nie jest tak źle i tak spektakularnie, choć zdarzały się różne przypadki, np. niedawno Edgara Caniego, Ugo Ukaha, Juniora Diaza czy Romela Quioto. Myślenie nie boli i piłkarze nawet w wielkim stresie powinni nie uciekać się do takich zachowań. Od najmłodszego, trenerzy młodzieży powinni złe nawyki wypleniać.

Ale skoro już dojdzie do takiego niekontrolowanego zachowania np. faulu na rywalu dodatkowo zakończonego „wycieczką w korkach po jego podudziu”, to poza czerwoną kartką, którą sędzia pokazuje z automatu, piłkarz musi tłumaczyć się przed organem dyscyplinarnym ze swojego czynu, a organ nakłada na niego karę.

Zasady odpowiedzialności dyscyplinarnej w Polskim Związku Piłki Nożnej reguluje Uchwała Zarządu PZPN nr IV/87 z dnia 19 kwietnia 2012 roku w sprawie przyjęcia Regulaminu Dyscyplinarnego. W Regulaminie określone są: rodzaje przewinień dyscyplinarnych oraz procedury prowadzenia postępowań dyscyplinarnych czyli przepisy regulujące tryb postępowania i orzekania w sprawach dyscyplinarnych. Jeżeli chodzi o zakres podmiotowy Regulaminu, to poza samymi piłkarzami jego przepisom podlegają: trenerzy, instruktorzy, sędziowie piłkarscy, członkowie sztabu medycznego, menedżerowie ds. piłkarzy, licencjonowani organizatorzy imprez piłkarskich, obserwatorzy, delegaci i działacze piłkarscy, a w szczególnych przypadkach także kibice (art. 2 Regulaminu).

Zakres obowiązywania Regulaminu z uwagi na czas przewinienia jest bardzo szeroki, bowiem odpowiedzialność dyscyplinarną ponoszą wszystkie osoby, które w czasie popełnienia przewinienia dyscyplinarnego podlegały odpowiedzialności, wynikającej z Regulaminu, nawet jeżeli w czasie orzekania podstawa odpowiedzialności ustała. Co do winy odpowiedzialność zależy od umyślności popełnienia wykroczenia, choć w szczególnych przypadkach można odpowiadać także za przewinienia nieumyślne. Osoby prawne odpowiadają za przewinienia dyscyplinarne swoich zawodników, trenerów, instruktorów, członków sztabu medycznego, działaczy oraz kibiców na zasadzie ryzyka (art. 4 §2 Regulaminu).

Kary dyscyplinarne wymierzane są według katalogu zawartego w Regulaminie i dzielą się na: zasadnicze i dodatkowe. Jeżeli przepis szczególny nie stanowi inaczej, za jedno przewinienie dyscyplinarne wymierza się jedną karę zasadniczą. W przypadkach podobnych do zachowania Edena Hazarda karą zasadniczą może być dyskwalifikacja określona ilością meczów, czasowa lub nawet na stałe. Na podstawie umowy między Polskim Związkiem Piłki Nożnej, a Ekstraklasą S.A., prowadzącą rozgrywki najwyższego szczebla, przewinieniami dyscyplinarnymi zawodników ekstraklasy zajmuje się Komisja Ligi Ekstraklasy. Dla rozgrywek szczebla centralnego czyli I i II ligi właściwym organem jest Wydział Dyscypliny PZPN, a dla rozgrywek od III ligi w dół – organ dyscyplinarny wojewódzkiego związku piłki nożnej, prowadzącego rozgrywki.

Opublikowane w

Licencje. Ech, licencje.

Piłkarze Polonii Bytom, ostatniej drużyny I ligi mieli w poniedziałek rozpocząć przygotowania do rundy wiosennej rozgrywek, ale zaprotestowali przeciwko zaległościom w wypłatach i postanowili opóźnić inauguracyjny trening o tydzień. Mają spotkać się dopiero 14 stycznia.

Trener zespołu Jacek Trzeciak spotkał się już taką sytuacją w Polonii kilka lat temu jako zawodnik. Wtedy również były zaległości wobec zawodników, sięgające kilku miesięcy, ale jak powiedział szkoleniowiec portalowi slask.sport.pl teraz jest bardziej zaniepokojony. – Wtedy byliśmy w ekstraklasie i zawsze można było żyć nadzieją na pieniądze z Canal+. Na dodatek nie było dodatkowego problemu w postaci zakazu transferów. Psychicznie jestem w piwnicy. Nie potrafię odreagować tego, co się dzieje. Mam nadzieję, że w końcu się coś zmieni, bo tak dalej być nie może – dodał szkoleniowiec Bytomian, który według informacji portalu ma rozmawiać w najbliższych dniach z Prezesem klubu Radosławem Nowakowskim. – Chcę porozmawiać nie tylko o kwestiach finansowych, choć w zasadzie wszystko i tak się do tego sprowadza, ale i sportowych. Odeszło już wielu graczy, a 2-3 następnych też ma taki zamiar. Zespół się kruszy. Na pierwszych zajęciach było nas 14, a to trochę mało – podkreśla trener.

W siedemnastu meczach rundy jesiennej, Polonia zdobyła tylko cztery, tak… 4 punkty, nie odnosząc żadnego zwycięstwa, co świadczy aż nadto o słabym poziomie sportowym – skleconego na prędce, bez wystarczających środków finansowych – zespołu. Ktoś rozsądny zapyta: – jak to bez wystarczających środków? Przecież mamy system licencyjny.

No właśnie. Polonia Bytom, w czasach wspomnianych przez Jacka Trzeciaka miała już problemy z licencją na grę w ekstraklasie, ale ostatecznie otrzymała ją tuż przed rozgrywkami mimo wcześniejszej negatywnej opinii UEFA. Sezon później, będący w nieco lepszej sytuacji Łódzki Klub Sportowy takiej licencji nie otrzymał, a Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie w listopadzie ubiegłego roku uchylił wszystkie decyzje PZPN odmawiające w 2009 roku ŁKS-owi prawa gry w ekstraklasie.

Co zatem decyduje o przyznaniu licencji? Na pewno, uznaniowość decyzji Komisji Licencyjnej, która za poprzednich władz daleko wychodzi za powszechnie przyjęte pojęcie uznaniowości. Nie można czepiać się samych materialnych przepisów dotyczących przyznawania licencji, bowiem PZPN stosuje swoje przepisy oparte na przepisach FIFA i jeżeli organ związku wydający decyzję poprzedziłby ją rzetelną analizą sytuacji faktycznej na tle obowiązujących przepisów prawa, w tym przypadku prawa związku sportowego nie mielibyśmy do czynienia z takimi sytuacjami.

Przepisy licencyjne dla poszczególnych klas rozgrywkowych różnią się oczywiście pewnymi wymaganiami, bo przecież od klubu IV ligi nie ma konieczności egzekwować tego co od klubu ekstraklasy, ale każde przepisy licencyjne niezależnie od klasy rozgrywkowej dla której zostały opracowane przewidują spełnienie przez klub piłkarski określonych kryteriów: sportowych, infrastrukturalnych, prawnych, finansowych i kryteriów dotyczących personelu i administracji czyli wymogów zatrudnienia np. księgowego czy też rzecznika prasowego.

Nowy Prezes Zarządu PZPN Zbigniew Boniek deklaruje głośno konieczność zmian polityki licencyjnej, zwłaszcza w kwestiach finansowych. Nie może być bowiem tak jak do tej pory, że kluby deklarując budżet na nowy sezon wpisują kwoty z umów sponsorskich, do których realizacji może nigdy nie dojść. I niech na zawsze znikną czasy, kiedy to prawie całość budżetu stanowiła transza z Canal+. Budżet z praw telewizyjnych ma być tylko jednym ze składników finansów bilansującego się klubu sportowego.

Przepisy licencyjne, które obowiązują w Polsce powinny być nieco złagodzone, np. w kwestiach infrastruktury w niższych klasach rozgrywkowych, ale jeśli chodzi o kwestie finansowe czy prawne niech pozostaną takimi jakie są, a nowe składy Komisji Licencyjnych niechaj z powagą i jasno określonymi metodami badania finansów klubowych przystąpią do owocnej pracy przed sezonem 2013/2014.